Lot trzmiela
Wiosna jest ulotna
objawia dziś amerykańska gazeta
pod świstem odległych rakiet
i pomyśleć
żyliśmy jak zwierzęta ale żyliśmy
dzisiaj liżemy ekrany
chińskich telefonów
Blog gat. II, szary, pakowy, zastępczy. Zaprasza Albonubes.
| pn | wt | sr | cz | pt | so | nd |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 01 |
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | 31 | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 |
Wiosna jest ulotna
objawia dziś amerykańska gazeta
pod świstem odległych rakiet
i pomyśleć
żyliśmy jak zwierzęta ale żyliśmy
dzisiaj liżemy ekrany
chińskich telefonów
Wczoraj poszłam skontrolować podejrzane znamię na przedramieniu. Doktor z kasztanowymi lokami pochyli się nade mną z elektroniczną lupą. - Nic się nie zmieniło przez trzy miesiące, proszę przyjść za rok. Smarować się filtrem pięćdziesiątką. Dokąd na wakacje?
To był pierwszy etap profilaktyki nowotworów: grudzień biegłego roku. Potem, z końcem stycznia sprawdziłam wnętrze żołądka i jelita. Żołądek prezentuje się podobno zdrowo, w jelicie też różowa śluzóweczka. Odetchnęłam, bo w przeszłości żołądek był w strzępach, a dodatkowo przez rok nadwerężałam go lekami przeciw osteoporozie.
Dzisiaj zaś reumatolog obejrzała wyniki mojej październikowej densytometrii. W stosunku do badania z sierpnia 2024 przybyło mi 0,2 gęstości kości (śliczny rym, prawda?). To znaczy, że dostanę wkrótce w szpitalu doroczną kroplówkę z lekiem dożylnym. Będzie to się szumnie nazywało "półdniową hospitalizacją". Tak to wygląda, że medycyna zdominowała mi pierwsze półrocze 2026 r.
To jest mój osobisty wymiar tej egzystencji w świecie, gdzie lecą bomby i rakiety, no i nie wiadomo, w którą stronę to pójdzie. Trzeba trzymać się rzeczy małych.
Rzecz mała: wczoraj, wysiadając z tramwaju, zobaczyłam na przystanku ociężale lecącą trzmielicę, obudzoną z długiego snu. Bo kwitną już kwiaty. Dzisiaj, kiedy szłam do przychodni (mieści się blisko), minęłam oszałamiająco pachnący krzak z żółtymi kwiatkami. Kwitną też drzewa - wiśnie.
Może to koniec świata, może jeszcze nie. Do tego dokłada swoje napięta sytuacja w pracy, gdzie trwają zakulisowe ruchy. Dziś pracowałam do późnego wieczora, bo większość kolegów jest na zwolnieniu lekarskim i trzeba ich po prostu zastąpić. Ja i kolega robimy więc wszystko, co trzeba.
Nie nakłada to na mnie szczególnej presji psychicznej - może to paradoksalny efekt długotrwałego stresu - ale wyczerpuje mnie fizycznie. Większość obowiązków wypełniam na zmęczeniu, czasem skrajnym.
Śni mi się matka, dziwnie niebieskooka, młodsza od teraźnejszej mnie o co najmniej trzy lata.
- Znajdujesz czasem na ziemi rodzynki - mówi pytająco (chyba).
Ja myślę, że znajduję, tylko nie wiem, czy można je wtedy jeść.
Budzę się i dostaję wiadomość od B., która za chwilę dzwoni.
Niedziela. Nie wiem, co mam o tym myśleć. Myślę, że te rodzynki to skojarzenie idące drogą kulinarną, bo mama lubiła smak malagi - rodzynek macerowanych w koniaku. Ale możliwe są inne interpretacje.
Dzień słoneczny. Z B. rozmawiało się miło, choć rzecz dotyczy nieruchomości.
Za dawnym życiem ogarnia mnie czasami. Niedawny sen o starym, nieżyjącym psie przypomniał mi, jak miłe i przyjemne w dotyku było to bydlątko. Mój żyjący kot, owszem, też jest miły w dotyku, ale kocha mnie najmocniej, gdy jem kanapkę z szynką. Szynka jest ze 100% indyka naturalnie. Właśnie skończyłam jeść kanapkę. Kot poszedł sobie.
Tydzień w pracy był jak lawina, przygniótł mnie począwszy od czwartku po piątek, bo musiałam zająć się pracą w dwóch różnych działach na raz. Oczywiście rzecz dzieje się wirtualnie, to znaczy, nie muszę biegać między różnymi biurami. Ale i tak obciążenie było ogromne. Moja psychika zniosła to pogodnie, bo wkróce kończę tu pracę.
Dziś w nocy opuścił nas Neil Sedaka ("Oh Carol"), a USA i Izrael zaatakowały Iran. Cynicznie mówiąc, nie jestem zaskoczona. Co dalej, nie wiadomo, trzymam się więc rzeczy małych.
Ważna data, bo od dziś nie jestem już matką nastolatka, tylko naprawdę dorosłego człowieka.
Poszliśmy wczoraj tę wielką zmianę świętować, najpierw nad talerzem z pizzą, a potem w kinie. Thriller nazywał się "Crime 101" i był lżejszy, niż się zanosił.
Wracaliśmy tramwajem po 23.00, a mnie w głowie huczały już ciężkawe myśli o pracy.
W nocy znowu męczyły mnie sny o dronach i pluskwach. To się robi nieznośne.
W ciągu dnia wyskoczyłam z koleżanką G. na miskę zupy soczewicowej, dzięki czemu przetrwałam dzień. Wieczorem nagotowałam makaronu z sosem wzmocnionym cebulą, grzybami i serem. Teraz czekam aż Jot wróci z treningu, głodny, bo był też dzisiaj w pracy, i wciągnie ten makaron, narzekając pewnie, że sos nie taki. Ale sos jest, jaki jest.