Dziś zaczęłam urlop, który potrwa do 4 stycznia.
Jak co roku, czuję ciężar minionych dni i potrzebuję odpocząć. W tym roku bez wyjazdu, z różnych powodów niezależnych ode mnie. Może wyskoczę nad morze. Jeżeli się uda.
Nie wiem, czy czas na podsumowania; w sumie to sztuczny zwyczaj, a raczej arbitralnie przypisany do grudnia. Jestem coraz starsza, coraz mniej mam energii. Rok był taki sobie - niby żyjemy, mam co jeść, ale narasta niepewność. Tu wojna, tam wojna, konflikty się kłębią, rośnie ogólny poziom agresji w ludziach ogółem, a zwykły szary człowiek się po prostu boi, co będzie jutro.
Robiąc sobie prezent świąteczny, poszłam do kosmetyczki na zabieg mezoterapii. Pani zaproponowała użycie DNA róży damasceńskiej, cokolwiek to znaczy. Było co prawda drogo, ale kto nie chciałby mieć pod skórą genów róży damasceńskiej??? Po zabiegu niespecjalnie wypiękniałam, ale spodziewać się należy tylko rzeczy możliwych. Trzeźwy realizm to podstawa.
A wczoraj przyjechało zamówione jedzenie świąteczne: w tym dwa serniki zamiast sernika i jabłecznika. Jot był rozczarowany, mnie to obojętne: się zje.
Dostawca zmieniał kilkakrotnie godzinę dostawy, niekoniecznie z powodu złego planowania, bo tu rolę odegrały też rozróby w Brukseli, gdzie rolnicy palili opony i tak dalej. Miasto było przez to częściowo nieprzejezdne. Dostawa miała więc przyjechać o 20.45, czyli w czasie, gdy planowałam iść do kina (ponownie na "Lekcje pingwina", tym razem w oryginale), a następnie do pizzerii, z Jotem oczywiście. Ponieważ mam za sobą największą lekcję asertywności w życiu (sierpniowa konfrontacja z policją w supermerkecie), zdecydowałam się reagować asertywnie i planów nie zmieniać. Wszystko się udało, bo pod moją nieobecność dostawa i tak przybyła, tylko ten jabłecznik... Nie ma.
Najlepszego, dobrego po prostu Wam życzę.