Coraz bliżej końca
Roku.
Ćwiartki wieku dwudziestego pierwszego.
Święta przeżyłam pół na pół z Jo., która jeździ porezydować w mieszkaniu znajomych, którzy z kolei są w ciepłych krajach. Koty głównie śpią. Pogoda dopisała: jest piękny wyż i lekki mrozik. Chodzę do kina. Obejrzałam już "Les Baronnes", historię kilku lekceważonych przez życie pań 65+ z Molenbeeku, które postanawiają wystawić "Hamleta". Ciekawe i wciągające, ale reżyser niepotrzebnie połączył lokalny realizm (w filmie gra znana mi dobrze Bruksela) z elementami magii, jak żarzący się meteoryt, który przebija dach domu głównej bohaterki i prowokuje serię wydarzeń nieoczywistych. Wczoraj obejrzałam "Song sung blue", fabularyzowaną historię wisconsińskiej pary o pseudonimach Lightning and Thunder śpiewającej covery Neila Diamonda. Film siłą rzeczy tonął w kiczu amerykańskiej prowincji, ale Hugh Jackman i Kate Hudson byli znakomici, zwłaszcza ona.
Dziś poszłabym na Zootopię 2, ale mi się nie chciało. Grzeję się, smaruję lotionami, pryskam perfumami i jem.
Coś tam piszę, coś tam planuję, boli mnie głowa i niewiele mi się chce.
Kilka dni temu, kiedy robiłam ostatnie zakupy spożywcze w sklepie D. w sąsiednim mieście (D. w moim mieście jest spalony; zarzucili mi kiedyś kradzież). Przy kasie ustawiłam się za parą: panem po osiemdziesiątce i jego córką w moim wieku. W pewnym momencie kasjer (też niemłody) stwierdził, że karta lojalnościowa klienta nie działa, bo jest to karta sklepu C. - Jest pan w sklepie D. - tłumaczył panu dziadkowi. - Papa... - wyszeptała zażenowana córka. - C'est la vie - powiedział z niczym niezmąconą wesołością pan dziadek.
Niech to będzie mój komentarz do kończącego się roku. Jest to komentarz kobiety w wieku mocno średnim, posiadającej jedynie kartę lojalnościową sklepu D.
A kiedy myślę, że chciałabym teraz być w Alicante, oglądam sobie filmik z meczu, na którym byłam we wrześniu. Kiedy następne wakacje? Może w październiku...