Najlepsze są powroty
Wczoraj po wygłoszeniu na konferencji swoich przemyśleń (mówiłam, nie czytałam) wróciłam do domu. Bardzo zmęczona.
Na konferencji spotkałam kolegę ze studiów, dziś profesora, i jego żonę. Rozmawiało nam się dobrze, powiedziałabym, i może zgłoszę się na konferencję na ich uniwersytecie w czerwcu przyszłego roku. Co do imprezy w Namurze - wiedziałam, że oni tam będą - chociaż trochę się obawiałam, że się nam rozmowa nie sklei.
Konferencja ciekawa, z referatami na temat Tupaca Shakura oraz słów, jakie ludzie wypowiadają przed zgonem. Taki rozrzut.

Jedzenie dobre, poszłam do polecanej restauracji. Modna, industrialna, z otwartą kuchnią i tłumem kelnerów, dobrze karmią, ale czuję się trochę samotnie. Z mojej prawej - dwie panie żywo rozmawiają, jedzą pizzę. Po lewej - pani z jakiejś placówki kulturalnej i jej spóźniony kolega. Ona narzeka na różne sprawy, jedzą spaghetti. I ja zjadłam dobre spaghetti z krewetkami. Ceny normalne i na moją kieszeń.

Wracając, poszłam odebrać walizkę ze skrytki (co udało się zgrabnie), kupiłam bilet pierwszej klasy i pojechałam gładziutko do domu. Dworzec jest tylo 300 metrów od uniwersytetu. Cudownie.

Miasto jest piękne dzięki rzekom, kościołom i cytadeli, ale wymagałoby doszlifowania. Hotel też był całkiem przyjemny; w zasadzie wszystko było dobrze, tylko i tak ogarnął mnie jakiś - fizyczny i nerwowy - smutek.
Dziś odpowczywam, sprzątam, porządkuję stronę internetową, która służyła mi za repozytorium materiałów do wystąpienia.
