Gisèle Genia Flachs
tłum. Albonubes
Fragment książki « Sous terre pour survivre. Parcours d’une enfant juive »
[Pod ziemią, żeby przeżyć. Losy żydowskiego dziecka]
Miałam cztery lata
Nie przywiązywałam nigdy do swojej osoby wagi na tyle, aby opowiadać innym swoją historię z czasów wojny. Trzeba było wielu wydarzeń, prób, żebym nabrała odwagi do pisania.
Nigdy nie chciałam zwracać na siebie uwagi, na pewno z poczucia winy: dlaczego przeżyłam ja, a inni nie? Z pewnością także przez skromność i z szacunku do tych zmarłych.
Dzisiaj, w moim wieku – a mam prawie 84* lata - te obrazy nadal tkwią we mnie i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Nigdy się nie zatrą. Zamykam oczy i pod powiekami pojawia się moja rodzina – tamci mężczyźni, tamte kobiety, a przede wszystkim dzieci - tak kruche i niewinne, całe pokolenie, które zginęło w okrutnych okolicznościach.
Moje przejścia skłoniły mnie do rozważań nad tym, co jest moim obowiązkiem, jeżeli chodzi o dawanie świadectwa wobec moich dzieci i wnuków. Przetrwałam cierpienia fizyczne i psychiczne, o których nasza Historia nie może zapomnieć.
Dzisiaj, kiedy jestem babcią i z perspektywy wielu lat, zadaję sobie pytanie: jak to możliwe, że przeżyłam jako dziecko w sytuacji, gdy wielu odmawiano prawa do życia? Jak mnie, takiej malutkiej, udało się nie paść ofiarą tego okrutnego czasu? Nie znaleźć się wśród milionów zabitych?
Urodziłam się 27 stycznia 1935 r. w Polsce, w Przemyślu. Kiedy wybuchła wojna, miałam tylko cztery lata. Nie umiałam czytać i pisać, można więc wyobrazić sobie niebezpieczeństwo, w jakim się znalazłam, gdy zginęli moi rodzice, a ja zostałam sama, zdana tylko na siebie. To, co wam opowiem, wydarzyło się naprawdę. Moja pamięć oraz fakt, że byłam wtedy mała sprawiają, że zapomniałam niektóre szczegóły, ale prace historyków i świadectwa ocalonych pozwoliły mi zrozumieć później niektóre wydarzenia, które przeżyłam. Poznanie dokładnych faktów pomogło wyjaśnić te zapachy, hałasy, postaci, które zachowała na zawsze moja dziecięca pamięć.
Kiedy skupiam się na latach swojego wczesnego dzieciństwa, na tym krótkim czasie, kiedy mieszkałam razem z moim ojcem Natanem i moją matką Reginą, przenika mnie poczucie słodyczy. Najbardziej boli mnie dziś, jeszcze bardziej niż kiedyś to, że tak rzadko miałam okazję wypowiedzieć słowo „mama”. Słowo magiczne, którego brakowało mi przez całe życie. Nieznośne jest wiedzieć, że nigdy więcej nie zobaczę tej uśmiechniętej, łagodnej twarzy, pełnej radości życia, tych wspaniałych, niewiarygodnie długich włosów. Co wieczór, żeby zasnąć, gładziłam je rączkami. Mam jeszcze jedno drogie wspomnienie: mama i ja idziemy sobie, w słoneczne dni, nad jakiś strumień – myślę, że był to San – w spokojne miejsce. Przypominam sobie, że były tam małe barki, którymi można było przepłynąć przez rzeczkę na jej drugi brzeg, ale myśmy ich nie potrzebowały. Wyobrażam sobie, że mama musiała być doskonałą pływaczką, bo ja, mając poczucie całkowitego bezpieczeństwa, wskakiwałam jej energicznie na plecy, a ona sunęła w wodzie prędko i z gracją aż do brzegu. Myślę, że w tamtej chwili obie byłyśmy dziećmi. Znowu widzę jej żywiołowość, jej rozkoszny uśmiech. Była to nasza bezpieczna przystań.
W odróżnieniu od swoich rodziców, moja matka nie była wierząca. Mówiło się na nią gojka, co oznacza „tę, która nie jest religijna”, tym niemniej zawsze odnosiła się z szacunkiem do wiary, którą wyznawano w jej domu i w której została wychowana. Jeżeli chodzi o mojego ojca, w 1938 r. wyjechał do Francji z jedną walizeczką w ręku, nie znając ani słowa w języku Moliera, żeby szukać lepszej przyszłości dla swojej rodziny na rok przed wybuchem wojny. Miałam ledwo trzy latka. W Polsce narastała nienawiść do Żydów i z obawy przed tym niegościnnym klimatem mój ojciec chciał znaleźć dla nas schronienie, wyjeżdżając w tym celu do Francji. Jaka to odważna decyzja, żeby opuścić rodzinę, którą uwielbiał, swój dom, swoje konie, które były jego namiętnością, nie mając najmniejszego pojęcia o tym, jaka będzie jego przyszłość. Wiedział, że będzie musiał ciężko pracować, żeby udowodnić, że potrafi zabezpieczyć potrzeby swojej rodziny, aby nas do siebie sprowadzić, kiedy urządzi się we Francji. W ten sposób mógłby udowodnić państwu francuskiemu, że nie jest dla niego obciążeniem. Tym, co sobie przypominam w związku z moim tatą z największą jasnością, jest jego uroda… Jego czarne, błyszczące oczy, jego niezwykle łagodny uśmiech, jego starannie zaczesane, ciemne włosy.
Mój ojciec pochodził z małej wioski Sośnicy oddalonej o kilka kilometrów od miejsca, w którym mieszkaliśmy, od Przemyśla. Pracował z moim dziadkiem we młynie, robiąc mąkę i dzierżawiąc ziemię chłopom. Było to w moich wspomnieniach spokojne i ciche miejsce. Byłam pod ogromnym wrażeniem patrząc na ojca jeżdżącego konno. Jego postawa zdradzała dumę i pewną elegancję. Wspomnienia tych krótkich chwil pozostają wyryte w mojej dziecięcej pamięci.
Nie wiedziałam niestety, że te nasze chwile miały trwać krótko. Tatuś wyjechał do Francji sam, zostawiając mamę i mnie. Po przyjeździe znalazł dość wymagające zajęcie u chłopów. Sypiał w stodole. Mimo złych warunków życia nie tracił nadziei, że nas do siebie sprowadzi. Ale nie dane nam było się połączyć: w 1939 r. w Polsce wybuchła wojna.
Donos
Nigdy się nie dowiedzieliśmy, kto nas zedenuncjował. Pamiętam wszystkie te wydarzenia, wszystkie te gesty. Tamte krzyki pozostały na zawsze w mojej głowie. Na podstawie tego donosu zatrzymano moich dziadków. Mama nie była w stanie zareagować, byliśmy jak skamieniali, nie wiedząc, co robić, przerażeni. Opowiadając wam o tamtym aresztowaniu, mam nadzieję oddać wielki hołd mojej matce. Zresztą nie znajduję słów, by opisać odwagę, jakiej dowiodła ta istota tak droga memu sercu. Regina ostatecznie oddała swoje życie za moją babcię. Była pewna, że powróci w ciągu kilku dni, że to tylko formalność i że zastępując ją, zaoszczędzi mojej babci ogromnego stresu. Trzeba przyznać, że wszystko wydarzyło się niezwykle szybko. Mama i dziadek odjechali. W chwili ich odjazdu babcia powiedziała mi – Szybko, idź przytul mamę. Pobiegłam w tę stronę, a mama wyciągnęła ręce, lecz niestety nie zdołała mnie przytulić, [bo] gestapowiec wziął skórzany pejcz, by wymierzyć jej razy. Przeraziła mnie ta brutalność, był to straszliwy spektakl wypełniony krzykiem i gestami poruszających się na wszystkie strony rąk. Ten widok naznaczył mnie na całe życie, będąc ostatnim, jaki mi pozostał zapisanym obrazem mojej matki. Miała tylko 28 lat.
Do dziś prześladują mnie te bolesne wspomnienia, sposób, w jaki mama i dziadek zostali zatrzymani i w jaki zniknęli na zawsze w obozie w Bełżcu . Po wojnie dowiedziałam się – nadal nie wiem, czy to prawda, czy fałsz – że zmarli na tyfus w strasznych cierpieniach niedługo po zatrzymaniu. Nie dowiedzieliśmy się nigdy, kim były osoby, które nas zadenuncjowały, zapewne byli to znajomi, być może przyjaciele, którzy ot, tak zniszczyli jakąś rodzinę.
Wkrótce po tym wydarzeniu, nie doczekawszy powrotu swojego małżonka ani córki, moja babcia zachorowała. Przygniatało ją cierpienie i żal, załamał ją ból wywołany tym, że nie umarła zamiast swojej córki. Pamiętam, że nosiła żałobę i że nie opuszczała łóżka stojącego w wąskiej i źle oświetlonej sypialni. Ciocia Lusia pielęgnowała ją troskliwie i z oddaniem. Pamiętam, że posyłała mnie po małe, czarne zwierzątka. Miały chyba służyć do puszczania krwi. Podgrzewało się szklane naczynia, wkładało do środka pijawki i potem przykładało się je do chudego ciała [babci] w bolących miejscach. Byłam w środku tego wszystkiego i bardzo się angażowałam. Trzymałam się najczęściej blisko babci, czułam, jak głaszczą mnie te drżące ręce, jej biedne oczy były ciągle zapłakane. Zasypiała z wyczerpania i słabła z dnia na dzień. Myślę, że nie chciała dłużej żyć i wkrótce umarła spokojnie po zapadnięciu nocy. Pamiętam jej odejście po długiej i bolesnej agonii. Nigdy wcześniej nie widziałam śmierci i nie byłam świadoma tego, co się naprawdę dzieje. Dla mnie ona zasnęła.
*Dziś Gisele skończyła 90 lat.