Kiedy rozmyślałam o jasnych punktach ubiegłego roku, od razu na myśl przyszły mi trzy konkretne dni.
Pierwszy miał miejsce w lutym. Odwiedziła mnie Ka., co samo w sobie było ogromnie przyjemne, a i zdarza się rzadko. Siedem lat czekałam. Pojechałyśmy do Gandawy. Dzień był zimowy, ale wysokie ciśnienie i niska wilgotność - mimo że Gandawa na kanałach - sprawiły, że czułam się znakomicie, nie męczyłam się, głowa pracowała mi sprawnie. Gandawa co prawda rozczarowała nas kulinarnie. Zjadłyśmy wtedy obiad w brukselskiej restauracji, która zamknęła się na dobre w czerwcu.
Kolejny doskonały dzień zdarzył mi się w lipcu. Pojechałam wtedy na wizytę do okulistki S.P., która po kowidzie przeniosła się do walońskiej miejscowości Fleury. Pogoda była letnia, niebo bezchmurne, powietrze suche. Oprócz owocnej wizyty (doktor wysłuchała i wybadała mnie na wylot) połazikowałam sobie po ładnym miasteczku, posiedziałam na ławeczce pod drzewem i wróciłam do domu pociągiem, bez opóźnień.
Prawie identyczna pogoda przywitała mnie w sierpniu w Warszawie. Spędziłam świetne popołudnie z Ka. - dobrze zjadłyśmy i pogadałyśmy, o czym trzeba było. Następnego dnia pojechałam załatwiać sprawy do P. Po ich załatwieniu przeszłam się niespiesznie po miasteczku, które pięknieje z każdym dniem dzięki złej ciotce Unii. Przeszłam wzdłuż ulicy, przy której dwadzieścia lat wcześniej znalazłam dwa małe kotki, Laurę i Janis, których dawno nie ma już ze mną. I nie ma dawnego życia ani ludzi.
Zauważyłam, jak kolosalny wpływ na moje samopoczucie ma wilgotność powietrza w połączeniu z temperaturą, ale to jasne i logiczne: nie bolą mnie wtedy stawy, mam więc dobry humor i jestem bardziej skłonna do kontaktów ludźmi. Oczywiście wśród tych ludzi są tacy, jak Ka. - człowiek, który jest mi bliski od 2001 r. i z którym zjadłam beczkę soli.
Tak, to był całkiem dobry rok, jeżeli z łatwością przypomniałam sobie te trzy wyjątkowe dni.