Po staremu
Dziś powrót do zwykłego, szarego dnia. Dlatego wspominam wrocławskie obrazki - jest to jednak miejsce jak żadne inne. Dwa dni, taka mała wyrwa w mojej codzienności.
Może jeszcze tam wrócę?




Blog gat. II, szary, pakowy, zastępczy. Zaprasza Albonubes.
| pn | wt | sr | cz | pt | so | nd |
| 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 | 01 |
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 01 |
Dziś powrót do zwykłego, szarego dnia. Dlatego wspominam wrocławskie obrazki - jest to jednak miejsce jak żadne inne. Dwa dni, taka mała wyrwa w mojej codzienności.
Może jeszcze tam wrócę?




Udało mi się wrócić do domu. Opóźnienie pociągu wynosiło pierwotnie 10 minut (Lipsk) i rosło, aż osiągnęło pół godziny. Około północy nakryłam się już swoją własną kołdrą, kocem i nieswoim kotem.
Ale dziś potrzebuję odpocząć. Musiałam zmienić plany i zamiast pędzić kolejnym pociągiem do Amsterdamu - będę nicnierobiła. Odpuszczam koncert pieśni barokowych, z żalem. Baterie mi się zużyły.
Moje wystapienie miało pradopodobnie jakieś znaczenie dla innych; odezwała się jedna studentka, podobało się też komuś, kto chwalił mój kojący głos. (Znowu. Pierwszy raz był w maju, w Gdańsku).
Jeżeli dobrze pójdzie, przede mną nawet trzy dodatkowe konferencje w tym roku. Jadę tam, gdzie wydaje mi się, że mam coś do powiedzenia. A może ktoś będzie miał ochotę posłuchać.
Może jestem stara, słaba i schyłkowa, ale nawet ja czasem mogę zrobić coś niezwykłego i niepraktycznego. Tym razem wybrałam się na konferencję anglistyczną do Wrocławia.
Od wczoraj chodzę po ośniewającym mieście na Odrą i je podziwiam. Wszędzie blisko, wszędzie pięknie.
Moje pierwsze spotkanie z tym miastem miało miejsce w 1989 i skończyło się na Panoramie Racławickiej. Było to wiele epok temu. Teraz to miasto naprawdę ma najlepszy czas; może nawet jest ładniejsze od Warszawy.
Konferencja była udana, a moje wystąpienie oszczędziło mi palpitacji. Udało się całkiem dobrze. Słuchałam o poezji oraz postaci wampira, a mówiłam o przedstawieniach ciała w poezji. Słuchano mnie.
Jutro rano pędzę już do domu - pociągiem. Ciało ledwo się podniosło po długiej nocnej podróży w tę stronę, a tu już czas na powrót. Ot, szaleństwo.
No dobrze, telewizor już nie jest oknem na świat, można na nim jednak oglądać JuTuba. Nowy telewizor przyjechał w piątek i jeszcze go rozgryzam, wszelako kolory ma realistycznie dobre, a tu akurat we Włoszech zaczęły się igrzyska.
W sumie TV nie jest mi potrzebne, bo oglądam cokolwiek tylko w niedziele. W pozostałe dni zupełnie nie ma kiedy. Ani czego oglądać.
Jestem zupełnie bez sił po piątkowym maratonie w pracy. Wracałam do domu po 20.00, a tu na dokładkę zepsuł się tramwaj, którym normalnie jeżdżę, i szłam te dwa kilometry w mocnym deszczu. Po czym jeszcze trochę popracowałam, Po czym padłam.
Mój wniosek jest taki, że nie dam rady tak dalej, tymczasem nowa praca nie chce do mnie przyjść. Dobrze, że choć moje dziecko pracuje (13 godzin tygodniowo, ale na początek wystarczy).
A moje oglądanie i tak ma miejsce w internecie. Moje najnowsze uzależnienie to oglądanie filmików z Bojkami. Bojkowskie stroje i wyszywanki są najpiękniejsze w świecie.
Niesamowite są meandry myślenia o sobie i podejmowania decyzji, które mogą zaważyć na własnym życiu.
Po siedmiu latach zdecydowałam się wreszcie na powtórzenie kolonoskopii, którą powinnam robić co pięć lat ze względu na historię rodzinną. Przyczyny, dla których opierałam się tej logiczności są liczne. Być może jest wśród nich autosabotaż i lekceważenie swojego dobrostanu, bo jakaś ukryta komórka mojego mózgu myśli, że nie zasługuję, żeby żyć. Termin minął w styczniu 2024 - a jednak zaczęłam umawiać się na badanie dopiero pod koniec 2025. Okazało się wtedy, że w szpitalu L., gdzie normalnie się badam, trzeba czekać pół roku. Wtedy zjeżyły mi się włosy na głowie - i do tej głowy poszłam po rozum. Udałam się do szpitala komercyjnego, gdzie przemiły i wesoły dr C. zlecił mi gastro- i kolonoskopię na jednym znieczuleniu. Obie wykonałam w piątek.
Bardzo lubię spać pod wpływem narkozy, choć tym razem nic pięknego, kolorowego mi się nie śniło. Lubię też lekką euforię, która towarzyszy mi przez cały dzień.
Po wszystkim dostałam trzy kanapki, kawę i wodę, spałaszowawszy które poszłam do domu z informacją, że jestem zdrowa i widzimy się za pięć lat (jeżeli świat będzie istniał, przemknęło mi przez głowę). Dostałam też na cały dzień zwolenienie lekarskie, co pozwoli mi zaoszczędzić urlop.
Czuję teraz ulgę, dużą ulgę, obiecuję oczywiście zachowywać się porządnie i stawiać się na badania. Aż do chwili, kiedy zacznę znowu wątpić w siebie.