Trochę poezji, ponownie
Dlaczego kłamiesz
jest wiele powodów
pączek się zesechł
domaga się kawy
lukier się łuszczy
w środku dżem jak dżem
a kawa stygnie
a ja mówię prawdę
Blog zastępczy, szary, pakowy, gat. II. / Albonubes: typowa szatynka.
pn | wt | sr | cz | pt | so | nd |
01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
29 | 30 | 01 | 02 | 03 | 04 | 05 |
Dlaczego kłamiesz
jest wiele powodów
pączek się zesechł
domaga się kawy
lukier się łuszczy
w środku dżem jak dżem
a kawa stygnie
a ja mówię prawdę
Ja, Tanichtys Albonubes, mam oczywiście poglądy. Dosyć wyraziste i słabo ewoluujące na przestrzeni czasu. Nie mam za to wielkiej potrzeby, aby je wyrażać, ale postanowiłam napisać poniższe.
Obcy w ogóle i obcy na granicy. Lęk przed obcym ("the other"). Zaskoczenie? Przypomniałam sobie, jak w 2001 r. mówiła mi studentka, Wietnamka, gdzieś w szkole językowej w Warszawie: - Wielu z nas wjeżdża do Polski i przebywa tu nielegalnie. "Oczy czarne, włosy czarne" - uniwersalna przepustka.
Polska nie była wtedy w Unii Europejskiej. Ale była już azylem dla wielu.
W 2004 r., w pewnej szkole wyższej, miałam kolejną wietnamską studentkę, Mai P. Ceniłam ją sobie.
Wtedy w Warszawie istniała już znacząca diaspora wietnamska, której obecności dowodziły liczne bary wietnamskie. Więcej, nawet w mieście B. od lat 90. działał taki bar pod dowództwem pani M.
Potem przyszły wojny czeczeński i związany z tym napływ uchodźców z tamtego regionu. A niejaki Chalidow zwyciężał już jako Polak.
Pobyt w pewnym warszawskim szpitalu w 2006 r. - dzielę się pieluszkami nr 3 z Asłanem i jego młodziutką mamą, która ma skośne oczy i mówi po rosyjsku.
I tak dalej, i tak dalej.
Uchodźcy nie są samym dobrem, bo mają te same wady i zalety, które mają inni ludzie. A ludźmi są na pewno.
Byłabym ostrożna w definiowaniu "naszości". Miks genów, który stanowi o tym, jacy jesteśmy, biali czy nie, przez nas niezawiniony, splot okoliczności kulturowych, który stanowi o naszym języku ojczystym i tożsamości - te sprawy są poza nami i poza naszym wyborem. Wiele razy w historii staliśmy na jakiejś granicy. Wiele razy ją przekraczaliśmy, czasem nas przegnali. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następny raz. Nigdy.
Będąc w Polsce, rozwiodłam się w W. Następnie pojechałam na południe do B.; zameldowałam się w przyzwoitym hotelu nad rzeką, przy bardzo przyjemnych bulwarach. Nie kocham jakoś specjalnie B., bo w 1975 r. wchłonęło ono G., miasto mojej matki, z którym jestem związana sentymentalnie. I właśnie, pojechałam do G. na cmentarz, gdzie znajdują się groby moich rodziców i dziadków. I nagle - po raz kolejny przecież - zobaczyłam, że nad grobami bliskich nie góruje już stara lipa. Przecież ścięli ją cztery lata temu: miejsce jest cenne. Ze względu na tę lipę wybrał to miejsce przed laty mój dziadek, W.
Odkąd nie ma lipy, widzę tym jaśniej, że także ich tam nie ma. Nie ma. Rozpadli się, w proch zamienili lata temu i nic tego nie zmieni - ani kwiaty, ani znicze, a już najmniej - plastikowe potworki zostawiane na płytach z marmuru lub lastryko.
Kult trupów w Polsce jest filozofią obowiązującą; od dziecka mnie odstręczał.
Byli, nie ma ich. Żyją w mojej głowie i w każdej komórce mojego ciała, które, kiedy przyjdzie czas, spłonie, a nie rozpadnie się (mam nadzieję).
.
bulwary, jesień, hotel
Nieistniejący dziadek numer dwa
Thorez! Thorez! Thorez!
Chwalibóg, Victoria, Thorez
Segen Gottes, Julia, Fuchs
Biały Kamień, Waldenburg
Weisstein, Thorez, Fuchs
w hotelu na końcu miasta
razem ze mną śniadanie
z widokiem na śnieżne górki
jedzą Amerykanie
Głupcze głupi co piłeś
kawę w chic porcelanie
wysłuchasz dzisiaj słów córki
dziecka którego nie znałeś
mówi i pisze umie i zna
Waldenburg
Walden
burg
Ça va
Wczoraj, chwiejąc się na zmęczonych nogach o 23.30 w brukselskim metrze linii 1 zastanawiałam się, czemu tak bardzo osłabłam. A plan dnia miałam taki:
O ósmej byłam jeszcze w hotelu, w Polsce. Pobudka, śniadanie po dziewiątej, w tym walka z hotelowym ekspresem do kawy; wymeldowanie o jedenastej i przejście bulwarami nad rzeką P. w stronę biblioteki. Przed biblioteką trwa remont, trzeba wchodzić naokoło. Wciągam więc walizkę po schodach na poziom +1 i przechodzę przez salę wypożyczalni dla dorosłych do halu. Idę na piętro, do czytelni, bo chcę wykorzystać czas do odjazdu pociągu na przejrzenie źródeł, a może nawet naszkicowanie planu zaliczenia na przedmiot "Techniki logopedyczne". Ale pani z czytelni odsyła mnie do wypożyczalni, żebym wyrobiła sobie kartę - mimo moich protestów, że bywam tu raz na rok i karty nie potrzebuję.
Karta wyrobiona (nie ma pani dowodu? Tylko paszport?), wracam do czytelni. Mówię, czego potrzebuję, pani sadza mnie przed katalogiem onlajn. Znajduję dwie książki, ale katalog odsyła mnie po hasło. Uwaga, po hasło muszę iść do wypożyczalni piętro niżej.
Wracam z hasłem (ważne miesiąc) i uzyskuję dostep do książek przez Ibuk (do czego potrzebne mi ibukowe konto).
Teraz już siedzę sobie i przeglądam treść. Notuję pomysły.
O 13.00 żegnam się i wyruszam na dworzec. Po drodze mijam aptekę - wchodzę, pytając o witaminę H i lek przeciw obrzękom, który czasem pomaga osobom z problemami limfatycznymi. Obsługuje mnie młody pan magister o pięknych, czarnych włosach za łopatki. Upewniam się, że tabletki są na tyle małe, że zdołam je przełknąć. Wielkość tabletek to mój odwieczny problem. Pan magister uprzejmie znosi moje wymagania; płacę i wychodzę.
Nieodległą stację PKP zdominowało biuro poselskie posła A. Jest tam również filia biblioteki oraz kawiarenka reklamująca się ofertą gofrów. Gofry!
Wchodzę, a wnętrze jest naprawdę przyjemne. Za ladą młoda pani słusznej postury tłumaczy mi, dlaczego jej gofry są niezwykłe. Kawa i wspomniane gofry kosztują mnie raptem 4,5 euro i są naprawdę pycha, ale nie zdołam ich zmieścić.
Przed 13.45 wychodzę na peron; pociąg przyjeżdża punktualnie i 5 minut później wysiadam na peronie w S. Za krótką chwilę zjawia się tam dalekobieżny pociąg K. - wsiadam. Jeden ze współpasażerów, okazuje się, jedzie dziś za granicę, a zapomniał paszportu; wydzwania w tej sprawie do znajomych prosząc, by mu go podrzucili.
Wysiadam przed 18.00 w Warszawie Centralnej, idę na stację Śródmieście i wsiadam w skład SKM na Okęcie. Bilet kupuję w pociągu, zestresowana, że coś zrobię nie tak.
Na lotnisku odmeldowuję się w punkcie odprawy bagażu (którego nie nadaję), biorę kartę pokładową i idę na kontrolę bezpieczeństwa, gdzie oczywiście piszczę. Puszczają mnie jednak dalej i wędruję w stronę bramki. Mam półtorej godziny.
Potem już tylko lot do Brukseli (dwie godziny bez większych zakłóceń), na lotnisku - łapanie pociągu, który zawiezie mnie na Dworzec Centralny (odjazd o 23.02), dalej metro aż do stacji końcowej, potem tramwaj linii 39.
I oto kwadrans po północy jestem w już domu.
Dwanaście godzin podróży: dwa kraje, dwa pociągi, jedna kolejka podmiejska, samolot, pociąg, metro i tramwaj.
Krótki dzień to był zaiste.