Bez pogardy
Zakończyłam tydzień roboczy bez pogardy dla siebie, nie odmawiając sobie nawet posiłku w ciągu dnia.
Poszłam do baru azjatyckiego, gdzie czasem przyprowadzam też swoich gości. Bar-restauracja serwuje dania kuchni chińsko-japońskiej. Kelnerka rozpoznaje mnie i wita, siadam sobie (sama) i zamawiam krewetki w tempurze z ryżem i rozmaitymi dodatkami. Do tego pyszna herbatka z różą i wanilią.
Karmię swoją wewnętrzną bestię. Zasługuję na to.
Jest mi jednak trudno, bo po jedzeniu często męczy mnie dyskomfort w żołądku, który otwiera się z dużym opóźnieniem - to gastropareza. Czasem jestem zła dla siebie/na siebie i biczuję się: to kara za to, że zachciało mi się jeść. No ale jeść czasem trzeba.
Po obiedzie wróciłam do pracy, potem poszłam do domu i zjadłam jeszcze dwie kanapki. Poczucie winy miałam niewielkie. Postanowiłam nie biczować się w tym ostatnim dniu w starej pracy.
A dodatkowo zrobiłam zdjęcie figurki kotka powodzenia finansowego - maneki neko, który mieszka na parapecie w barze.
