Stanford w Europie
W środę pomknęłam pociągiem na wykład stanfordzkiego profesora, Rolanda Greene'a. Wykład był za rezerwacją, a ja nigdy nie widzałam/słyszałam nikogo z tamtego uniwersytetu, który uważam za ważniejszy jeszcze od Harvarda.
W zasadzie profesor, który specjalizuje się w literaturze Renesansu i współczesnej (i chyba każdej innej) mówił o zmierzchu uniwersalizmu w krytyce literackiej. Ale co ważniejsze, umieścił swój wykład w kontekście tego, co dzieje się w świecie. "I fear for the world", powiedział.
Boję się o świat.
Co ważne dla mnie, opowiedział anegdotkę o wczesnowudziestowiecznym profesorze Stanfordu, romaniście, który na zajęciach tylko czytał wiersze studentom. Tylko. Jednakże czytanie na głos jest już interepretacją, a zatem narzuca znaczenia i jednocześnie poddaje się krytyce - nie jest neutralne.

Wykład miał miejsce w salce na dwudziestym piętrze wieży biblioteki. Stamtąd widok na Gandawę rozciągał się daleko, a pogoda już wiosenna.
Taka wyprawa stanowi wyrwę w moim monotonnym życiu obarczonym pracą. Bezpośrednio nie zmieniła mojego losu; wykład nie łączy się z moim tematem badań. Ale w ogólnym sensie miało to dla mnie znaczenie; jak to powiedział prelegent, niektórym rozmowy o krytyce literackiej to "ezoteryczne gadki" - ale są tacy, którym to jest nieobojętne.
