Piątek
Był to kolejny ciężko przeżyty piątek, kiedy to gościnnie pracowałam dla innego działu. SKończyłam o dwudziestej; potem szłam do domu dwa kilometry w deszczu.
Temperaturę miałam w okolicach 36,0 stopni.
Byłam skrajnie zmęczona, więc wyjatkowo napchałam się na noc frytkami i paluszkami rybnymi, żeby zasnąć. Wstałam dopiero przed jedenastą.
Nie mogę tak dalej; za kilka tygodni zmieniam pracę, przechodząc do innej dyrekcji. Moją szefową będzie osoba znana mi sprzed lat, raczej bez narowów, którą pamiętam jako uczynną i sensowną koleżankę. Ale zostawiam za sobą tłumaczenia i zagadnienia językowe, które przecież są mi zawodowo i nie tylko bliskie. Czyli zmiana jest porażką, poddaniem się. Tylko że ja naprawdę osiągnęłam dno wyczerpania i muszę się ratować.