Sobotni kieracik
Soboty są zwykle robocze, choć wyciągam z nich, co mogę: śpię do oporu. Sny miałam fascynujące. Po czym weszłam do wanny.
Po czym poszłam na zakupy. Po raz kolejny przeklinałam decyzję o kupnie butelek i pojemników (wino, płyn do prania): są już dla mnie za ciężkie. W ręku obciążona, choć bardzo poręczna torba z hiszpańskiej Mercadony, na plecach wyładowany plecak. I w takim wielbłądzim stanie spotykam dawnego kierownika. Zaczepia mnie (ja bez okularów na nosie widzę niewiele). I zagaduje. Jest z dwojgiem dzieci; pamiętam go jako ojca jednego synka. Zagaduje, pytając o oczywistości. Żegnamy się szybko.
Pamiętam mu, że stworzył wokół siebie, w zespole, rodzaj kultu jednostki. Wyłączył mnie na koniec z wydarzeń wieńczących wieloletni projekt, w którym odegrałam podwójną, bardzo ważną rolę. Nie zaprosił do napisania tekstu do książki podsumowującej ten projekt.
To były pod wieloma względami stracone lata, choć czegoś mnie nauczyły.
Na szczęście pogoda przyjemna, słońce.