Pod szare niebo
I właśnie, po jedenastu dniach na zachodniej półkuli, wróciłam pod szary nieboskłon. I kicham, bo różnica temperatur zbija z nóg. I pada drobny deszczyk.
Jeszcze dwa dni urlopu, ogarnę się.
Blog gat. II, szary, pakowy, zastępczy. Zaprasza Albonubes.
I właśnie, po jedenastu dniach na zachodniej półkuli, wróciłam pod szary nieboskłon. I kicham, bo różnica temperatur zbija z nóg. I pada drobny deszczyk.
Jeszcze dwa dni urlopu, ogarnę się.
Koniec tygodnia roboczego. Dziś przypada dwudziesta piąta rocznica mojej obrony - ukończenia studiów magisterskich. To tak niewyobrażalnie dawno, że trudno mi w to uwierzyć. Moje magisterium jest więc pełnoletnie z górką, bo skończyło ćwierć wieku, a pochodzi z najstarszego polskiego uniwersytetu.
Kiedy ten czas upłynął - pojęcia nie mam.
Dziś też dostałam potwierdzenie, że zostałam przyjęta na polsko-francuskie studia z zakresu zarządzania. Od dawna, od lat studiów magisterskich, w których zawierało się też business English, właśnie chodziło mi po głowie, żeby zdobyć takie dodatkowe wykształcenie. Ale wydawało mi się, że jest zarezerwowane dla kadry kierowniczej. A teraz okazuje się, że nie, i że mogę studiować po francusku, na co niedawno bym się nie odważyła.
To bardzo miłe wiadomości.
Dziś ponownie dojechałam do pracy autobusem i ponownie nawąchałam się róż jadalnych, które pachną jak najlepszy dżem ze środka najlepszego pączka na świecie.
Potem był zwykły dzień. Z rozmową z szefową, taka półroczna, nieformalna. Szefowa namawia mnie na start w kolejnym konkursie wyższego szczebla. Wierzy we mnie bardziej niż ja. Powiedziałam jej uczciwie, że jestem bardzo zmęczona, nawet jeżeli inni myślą, że jestem jak czołg.
To będzie w przyszłym roku, więc mam czas się namyślić i przygotować.
Powoli myślę już o urlopie.
Uporczywy upał zakończył się deszczem. Kiedy położyłam się spać, do moich uszu dotarł szum deszczu padającego na asfalt pod moim oknem. To kojące dźwięki, choć usnąć było mi trudno.
Dziś na dworcu kolejowym odkryłam ponad wątpliwość, że obowiązuje rozkład letni, i w efekcie nie ma na tablicy odjazdów mojego pociągu z 8.18. Jako że było mi zbyt chłodno, zamiast czekać 13 minut na nastepny pociąg, przeszłam na przystanek autobusowy i wsiadłam w wesoły autobus nr 21. Nie jest to optymalny wybór (a pospieszny mi uciekł sprzed nosa), ale lepsze to niż tkwić na chłodnej dworcowej ławce.
Na końcu trasy czekała mnie mała nagroda. Otóż wysiadłam przystanek wcześniej, żeby podejść pieszo te kilkadziesiąt metrów. I okazało się, że przed mijanym budynkiem rośnie duży krzew róży jadalnej, który (uwaga!) nadal kwitnie. Wsadziłam nos w dwa mięsiste, ciemnoróżowe kwiaty, żeby nacieszyć się tym obłędnym zapachem.

Jot bawił się wczoraj na urodzinach N., z którym przyjaźnią się od dwunastu lat, od przedszkola. Jot jest lojalny w przyjaźni, więc od lat trzyma się tej samej paczki chłopaków.
N. jest Katalończykiem, fanem Barcelony i urodziny zawsze świętuje w ten sam sposób: grając z grupką przyjaciół w piłkę nożną w hali. Jot zabrał ze soba futbolówkę Barcelony, korki, pieniążek dla jubilata i czekoladki dla jego rodziców.
Dziś napisała do mnie A., mama N., dziękując za ptasie mleczko, które im wczoraj Jot przekazał. Ptasie mleczko jest walutą, którą najwygodniej jest mi płacić znajomym w różnych krajów za wyświadczone nam przysługi (na przykład podwiezienie Jota na mecz itede).