Środek tygodnia
A ja bez energii. Z dobrych rzeczy - świeciło dziś ładne słońce, a do tego mieliśmy aż 4 stopnie mrozu. Dzień coraz dłuższy.
Blog gat. II, szary, pakowy, zastępczy. Zaprasza Albonubes.
A ja bez energii. Z dobrych rzeczy - świeciło dziś ładne słońce, a do tego mieliśmy aż 4 stopnie mrozu. Dzień coraz dłuższy.
Dowiedziawszy się, że nie będę w tę środę uczyć młodziaków, odczułam pewną ulgę. Lubię te wyjazdy, ale męczą mnie okrutnie. O czym przekonuję się post factum, kiedy wieczorem odcina mi zasilanie. (Kto odcina? Old age, zmęczenie).
Jak tak dalej pójdzie, skompletuję wymaganą liczbę godzin w kwietniu. Ech.
Ale za to mam wolny środowy wieczór.
Trochę dokucza mi gardło. Wstałam o 8.00 - Jot wychodził na dodatkowy mecz w wyższej kategorii wiekowej - i potem o 11.00. Niby odespałam tydzień, ale wstając, czułam się jak bardzo stara osoba. Bardzo stara i niewyspana.
Obejrzałam "Czarne chmury" w hołdzie Leonardowi Pietraszakowi, który nas a quitte kilka dni temu.
Drużyna Jota przegrała 1:10. To o tyle znaczące, że grał przeciwko swojemu dawnemu klubowi, który nie potraktował go dobrze na odchodne.
Dzień dziś bardziej wiosenny. Piszę te słowa jak zwykle pod kołdrą, wspiera mnie kot Lola, znajda z Dworca Południowego. Jest mi ciepło, a to jest kluczowe, bo nie cierpię marznąć i moknąć.
I tak minął jeszcze jeden tydzień. Wdzięczna być powinnam, że przeżyłam i żyję - tradycyjnie piszę te słowa, leżąc pod kołdrą, kot jest gdzieś niedaleko, za ścianą gra sobie Jot.
Rano, jak to zwykle w sobotę, wyruszyłam na pielgrzymkę do miasta L., aby uczyć dzieciarnię języka polskiego. I po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że może warto nie wstawać ciemną nocą i pojechać późniejszym niż dotąd pks-em. I tak wyszło, że nie przyjechał autobus linii 317 z godziny 7.36, i pojechałam autobusem z 8.05, który odjechał o 8.10. I się spóźniłam, i ..nic się nie stało. Dzieci poczekały. Ale powtarzać tego nie będę.
Pan kierowca z 8.05 wyglądał trochę jak Mikołaj. Kierowca z kursu powrotnego był młody i ładny jak dziennikarz Janusz Schwertner. Jadąc do domu, słuchałam sobie amerykańskich programów: o nepotyzmie w świecie i o cyklach Wenus. Duży rozrzut, ale ja mam w głowie rozmaite rzeczy do siebie nieprzystające.
Wróciłam zatem po praktykach i mam parę pomysłów na nastepne zajęcia. Tak w tym zawodzie jest, że patrzy się wiecznie do przodu, pisze się ćwiczenia, drukuje i tak dalej. Ta praca pożera czas i pożera duszę.
Znaczy - dzisiaj się nie pracuje.
Przeczytałam w horoskopie, że mam sobie zafundować luksus. Tak właśnie zrobiłam. Po gorącej kąpieli wbiłam się w nowiutki, cieplutki dres i walnęłam na kanapę. Jot wrócił po południu z wygranego meczu, a potem sobie zjedliśmy.
Jutro Jot zaczyna praktyki uczniowskie gdzieś w Walonii, na uniwersytecie.
Koty głównie śpią, a Jo. poszła na służbę pilnować cudzych psów.