Wyzwolenie
Tamara Cygler (Dror)
Zielona papuga
tłum. Albonubes
W styczniu 1945 roku (...) usłyszeliśmy strzały. – Rosjanie się zbliżają – powiedziała Genia.
Wyszliśmy z domu i niebo było czerwone, jakby płonęło: to był ogień katiuszy. Płomienie rozszczepiały się na siedem błyszczących promieni, a ich światło zamieniało noc w dzień. Byliśmy bardzo wzruszeni i krzyczeliśmy z radości przy każdym wybuchu.
– Niech Rosjanie wreszcie przyjdą i niech ta straszna wojna szybko się skończy – modliłam się.
Amchu
Najpierw wszystko było dobrze. Wychodziliśmy na główne ulice miasta mieszaliśmy się w tłumem. Wszędzie ludzie śmiali się i rozmawiali. Genia zaprowadziła mnie do rosyjskiego komendanta miasta i powiedziała: – To jest żydowskie dziecko i wszyscy jesteśmy bardzo głodni.
Komendant spojrzał na mnie i przyszła mi do głowy dziwna myśl: on ma takie same oczy jak ja.
– Amchu? – spytał.
Nie miałam pojęcia, co to oznacza, ale wewnętrzny głos kazał mi powiedzieć: – Tak, amchu.
Wiele lat później, kiedy mieszkałam w Izraelu, zdałam sobie sprawę, że słowo, które wtedy wypowiedział, to hebrajskie „amcha” oznaczające „twój lud” lub „naród”. On użył go w zniekształconej wersji.
Nie jestem już zieloną papugą.
Należę do ludu, którego los dzielę na dobre i na złe – jego los jest moim.
Naczelnik przytulił mnie, dał mi nową parę butów, a Geni mnóstwo jedzenia dla całej rodziny. Do domu wróciłyśmy objuczone darami, szczęśliwe i podekscytowane.
Niewiele się dla nas zmieniło, pomijając przeprowadzkę do nowego mieszkania. To nowe mieszkanie było naprzeciwko domu mojego dziadka, tuż obok domu, gdzie mieszkałam przed wojną. Była w nim łazienka i luksusowa toaleta, ale nie działały, bo ciśnienie wody było zbyt niskie. Nie robiły na nikim wrażenia i nikomu nie przeszkadzało to, że były bezużyteczne.
Na targu
Podobało mi się, że musiałam wstawać co rano i nosić kosze na targ, żeby sprzedawać świeże jarzyny.
– Świeży ra-bar-bar! – wołałam. – Kupujcie, dobrzy ludzie, kupujcie. I kupowali; moje towary zawsze wyprzedawały się szybko.
Miałam tylko dziesięć lat, byłam mała i chuda. Stawałam na taborecie, a moje ciemne oczy płonęły w oliwkowej twarzy.
– Wynoś się stąd, Cyganko – dokuczały mi dzieci. – Nie jestem Cyganką – odkrzykiwałam bez lęku.
Pewnego dnia podeszła do mnie jakaś pani, która wzięła mnie za rękę. – To ty, Marusiu? – spytała.
– Tak – odpowiedziałam, ale wykrzykiwałam dalej: – Świeży ra-bar-bar, dobrzy ludzie, kupujcie mój świeży ra-bar-bar!
– Jestem P.G., siostra Lutki, żony twojego kuzyna – odpowiedziała.- Pamiętam – odrzekłam.
– Chodź ze mną.
– Najpierw muszę sprzedać wszystkie jarzyny.
Zabrała mnie do domu Szolców. Były tam Basia i Krysia; meble wróciły na swoje miejsce. Na ścianach wisiały obrazy mojego ojca; pianino stało na zwykłym miejscu. Nic się nie zmieniło. Myślałam: jest tak, jakby nie było wojny.
Basia ucieszyła się na mój widok i znowu zaproponowała mi poziomki ze śmietaną; i znowu zjadłam je z czystą rozkoszą.
– Myśli pani, że mama i tato wrócą? – spytałam.
– Poczekamy i zobaczymy. Jeszcze jest za wcześnie.
– Ja będę czekać.
Skąd wrócą?
Jak wrócą? Pociągiem? Na piechotę?
Jak mnie znajdą?
Codziennie chodziłam na dworzec i czekałam na przyjeżdżające pociągi.
Ale moich rodziców nie było w pociągu.
Nie wrócili.
Wojna się skończyła i zaczął się nowy rozdział mojego życia. Nowa seria wędrówek.
Nie płakałam ani nie przeżywałam żałoby. Musiałam dalej żyć.
Teraz płaczę rzewnymi łzami.
Płaczę nad tą dziewczynką, którą jestem.
Dodaj komentarz